Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

poniedziałek, 7 marca 2016

szkoła rodzenia

Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu w całym Kunmingu nie ma szkoły rodzenia ani lekcji dla matek in spe. To znaczy - są, ale ograniczają się do wykładów na temat tego, że dziecko nie ma jeść smażeniny. Niestety, odkąd na wykładzie usłyszałam, że karmiącej matce nie wolno również spożywać jogurtów, dałam sobie spokój z uczęszczaniem. Całe szczęście internet jest pełen filmów na temat tego, jak się przewija dziecko czy porad, jak się zabrać do karmienia piersią. Tego bowiem, wraz z nauką oddechu i prawidłowego parcia, nigdzie tutaj nie uświadczysz. Co ciekawe, istnieją szkoły, które uczą opieki nad noworodkiem. Nie są one jednak przeznaczone dla młodych matek, a dla yuesao 月嫂, czyli pań specjalizujących się w opiece nad kobietą w połogu. Połóg trwa według Chińczyków pełny miesiąc i w trakcie tego miesiąca kobiecie nic nie wolno - ma wpierdalać jajka i kurczaki (jeden kurczak i sześć jaj dziennie to nie jest jedzenie, to wpierdalanie...), nie może się myć, nie może... no nic nie może właściwie. Wszystko to, co powinna robić, robi yuesao. Czyli: opiekuje się dzieckiem, gotuje, pomaga matce. I właśnie dla tych kobiet prowadzi się szkolenia, zakończone uzyskaniem certyfikatu, że "umiem opiekować się noworodkiem". Tak, dobrze zrozumieliście. Matki nie wiedzą, jak się zajmować własnym dzieckiem i nie mają się nawet tego od kogo dowiedzieć! Bo przecież w swoim czasie ich matki i teściowe również nic nie robiły koło dziecka, bo miały koło siebie yuesao... Kiedy to wziąć pod uwagę, nie dziwię się ani ilości cesarek w Chinach, ani temu, że matki to w większości idiotki.

8 komentarzy:

  1. Skoro jest nisza to załóż szkołę rodzenia. :) Na pewno jest więcej takich jak Ty, które szukają.

    OdpowiedzUsuń
  2. aaa, cale YueZi mne przeraza, ale maz twierdzi, ze tesciowie nie beda nalegac... zobaczymy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moja świekra jest świętą kobietą - zakłada, że wiem, co robię i że ludzie Zachodu mogą postępować inaczej niż Chinki.

      Usuń
  3. Mimo wszystko - ja bym wolała taką yuesao, zamiast oczu na zapałkach.
    Miesiąc nicnierobienia w celach regeneracyjnych i niech się inni zajmują- a nie matka bohaterka usiłująca zrobić obiad w sekwencji "uaaa -lewy cycek-kupa-obrać ziemniaki-uaaa- prawy cycek- pokroic ziemniaki-kupa i przebieranie-uaaa - włączyć gaz pod ziemniakami - lewy cycek i tak dalej". Tak to nawet z przyjmnością można dziecko pokangurować, a nie marzyć o 10 wolnych minutach na prysznic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja bym wolała umieć się dzieckiem należycie zająć, a oprócz tego mieć pomoc - ale tylko pomoc, a nie zastępstwo ;) Całe szczęście mam właśnie tak jak wolę, bo przyjechała Mama :)

      Usuń
    2. Tak jest chyba najlepiej... Z matki na córkę :D i tak dalej, pomoc wskazana i momentami błogosławiona...

      Z ciekawości, świekra też pochodzi z grupy korzystającej z yuesao? Może uda Ci się ją naciągnąc na zwierzenia, jak to drzewiej za Mao bywało z dziećmi?

      Wiesz, można o Chinkach mówić - że inteligentne są jak ich buty i torebki LuiVitą albo inne MajkelKors, że przesądy, że to lub tamto. Ale ja widzę też jak praktyczne i pragmatyczne mają podejście. Zajmowac się noworodkiem? Uczyć się tego? A po co, skoro to będzie raz w życiu a potem i tak niańka lub przedszkole bo przecież fortuna się sama nie zarobi a biznes nie poprowadzi.
      Może teraz się to zmieni, wraz ze zmianą polityki pro-jedynaczej na pro-dwójka dzieci.

      A właśnie, tak mnie zastanawia... To była polityka "jednego dziecka" czy "jednej ciąży"?

      Usuń
    3. O, ze świekrą to ciekawa historia, pewnie kiedyś opiszę. Będąc w ciąży mieszkała sama tysiące kilometrów od męża i tysiące kilometrów w inną stronę od domu rodzinnego, a że czasy były parszywe, to musiała "przodować w pracy", a nie się opinkalać na macierzyńskim - więc ona w ogóle nie "siedziała miesiąc", o opiece nawet nie wspominając.
      A jeśli chodzi o pragmatyzm - tak, owszem. I brak miłości. Starzy Chińczycy tak się dziwią, że ich dzieci mają ich w nosie, mimo wpajanej nabożności synowskiej. Ale prawda jest taka, że z pustego i Salomon nie naleje - to, co dajesz dziecku, ma szanse się zwrócić. A jak masz je od urodzenia w nosie, to... to również się zwraca.
      A polityka jednego dziecka obejmowała tak wiele wyjątków, że aż ciężko zliczyć ;)

      Usuń